niedziela, 6 grudnia 2015

rozdział 37

ZANIM ZACZNIECIE CZYTAĆ POST!
Jako pasjonatka wszelakich chorób mam dość oryginalny pomysł na bloga. Coś jak ostrzejsza, pisana wersja Dr House. Nie wiem, czy jest sens, ktoś by czytał?
Enjoy

Kręciłam się niespokojnie, czując wschodzące słońce na skórze. Leżał do mnie plecami oddychając nierównomiernie. Nie spał, tak jak ja, ale żadne z nas nie powiedziało ani słowa odkąd położyliśmy się na dwóch skrajach łóżka. Udawanie było łatwiejsze i wygodniejsze ze względu na naszą kłótnię. Pierwszy raz w życiu tak cieszyłam się na dźwięk mojego budzika w telefonie. Zerwałam się z łóżka, może trochę zbyt gwałtownie, owinęłam szlafrokiem i spoglądając w stronę bruneta po raz ostatni, ruszyłam żeby się ubrać.
Ruszyłam po cichu na dół i zrobiłam sobie kawę. Zalewając ją usłyszałam głos z tyłu.
-Pokłóciliście się?-zaskoczona odwróciłam się, żeby zobaczyć zaspaną Lili z książkę w ręku. Zmęczona pocierała oczy, a jej włosy sterczały w każdą stronę.
-Nic się nie dzieje, połóż się jeszcze-powiedziałam podchodząc do niej i obejmując-mam dziś tylko dyżur w przychodni i o czternastej możemy skoczyć na obiad.-poczułam jej uśmiech na szyi. Jej ręce oderwały się od moich bioder i ruszyła po schodach. Złapałam torebkę i wyszłam, po czym zamknęłam drzwi. Wyjmując klucze z zamka, moją uwagę przykuł warkot silnika za mną. Odwróciłam się i zobaczyłam bruneta zdejmującego kask.
-Podwieźć panią do pracy?-uśmiechnął się w moim kierunku.
-Lucas, nie chcę się czepiać, ale skąd wiesz, o której zaczynam?-spytałam siadając na motocykl, ale nie dostałam odpowiedzi. Pędziliśmy aż do parkingu, a że ze względu na wczesną godzinę było pustkowie na drogach, mogliśmy poszaleć. Gdy zsiadłam w końcu z maszyny i oddałam mu kask, odezwał się.
-Wika chciałaby się z tobą spotkać, w sumie ja też tęskniłem, może masz czas dziś po południu?
-Umówiłam się z siostrą na obiad, ale jeżeli chcecie się dołączyć...
-Zawsze chętnie-cmoknął mnie i bez słowa odjechał. Odwróciłam się w stronę wejścia, gdzie bacznie obserwował mnie House. Przywitałam się i ruszyłam w stronę drzwi.



-Więc jak się czujesz?-rzuciłam do Chase'a, przysiadając się do niego podczas lunchu.
-W związku z pacjentem z mięsakiem Kaposiego?-uśmiechnął się niemrawo, na co go szturchnęłam.
-W związku z Cameron.-pochyliłam się w jego kierunku.
-Wolę obgadać temat tego czterdziestolatka-mruknął kręcąc łyżeczką w kawie.Resztę naszej konwersacji skierowałam na lżejsze tematy.


-Wiktoria! Łukasz!-moja siostra zaczęła machać w ich kierunku. Mieliśmy czteroosobowy stolik na dworzu w przyjemnej, tutejszej restauracji. Łukasz szedł z dwoma torbami w rękach, a Wiktoria rzuciła się w naszą stronę.
-A co to za zakupy?-spytałam widząc dwie torby.
-Zgadnij kto podpisał umowę z Chanel?-jej oczy zabłysły a ja uśmiechnęłam się szeroko.-A to dla was-już chciałam odmówić, ale zamrożona jej nieprzyjmującym odmowy wzrokiem po prostu zajrzałam do torby. Wiktoria pochyliła się w moim kierunku szepcząc mi do ucha-W sumie prezent bardziej dla Jamesa-obejrzałam starannie piękną, jaśminową halkę.
-Słuchajcie, mam dla was coś bardzo ważnego i nie będę czekał. Wyjeżdżam na półtora miesiąca-kiwnęłam głową ze zrozumieniem-także zadanie dla was dziewczyny jest wyuczyć Wiktorię angielskiego na poziom co najmniej niesamowicie perfekcyjny, zrozumiano?


Wracając do domu zauważyłam włączone światło. Lili bardzo chciała iść do przyjaciółki na noc, więc wróciłam sama. W domu czekał zdenerwowany James, żadna nowość.
-Gdzie byłaś?
-Pieprzyłam się z przypadkowym facetem w krzakach-rzuciłam z przekąsem w głosie i odłożyłam torebkę.
-Nie pierdol i mów gdzie byłaś-rzucił wściekły. Lekko się przestraszyłam.
-Na obiedzie z Lili, Wiktorią i Łukaszem, a potem kupowałam książki i torbę Lili-powiedziałam ciszej.
-Na pewno?-warknął.
-Co tobie? Tylko byś wrzeszczał.
-A co jest tobie? Nie ma nigdy w domu,nie rozmawiasz ze mną i łazisz po klubach z facetami z pracy!
-Wadzi ci, że oprócz ciebie mam własne życie?-spytałam spokojnie, a on trzasnął dłonią w blat. Podskoczyłam przerażona i łza pociekła mi po policzku. Jego kamienny wyraz twarzy...to nie była osoba, którą znałam. Ruszyłam w stronę schodów słysząc już skruszony głos wołający moje imię. Zamknęłam się w łazience i zaczęłam płakać.  Usłyszałam tłuczone szkło i falę przekleństw, przez co zamilkłam. Po kilku minutach, gdy już się uspokoiłam, ruszyłam na dół i zobaczyłam Jamesa zbierającego kawałki szkła z podłogi. Podeszłam i kucnęłam powoli zbierając kawałki szkła i wyrzucając je. Ponownie pochyliłam się w jego kierunku i wzięłam jego rękę, oglądając ranę. Czułam jego wzrok na mojej twarzy, kiedy oblizywał wargi. Nagle po prostu pochylił się, złapał mnie na kark i pocałował. Przez chwilę stałam sztywna, ale potem przybliżyłam się bardziej. Podniósł mnie i popchnął. Natrafiłam biodrami drewniane zakończenia szafek, a jego dłonie uniosły mnie za tyłek, przez co usiadłam na blacie. Objęłam go nogami w pasie i poczułam jak ciągnie zębami moją dolną wargę. Odsunął twarz na chwilę, opierając czoło o moje. To było intensywne.
-Przepraszam-szepnął patrząc mi z oczy i łapiąc mnie za dłoń. Uśmiechnęłam się lekko, łącząc ponownie nasze usta.